Kamperem na ratunek. Niezwykła podróż po wschodniej Europie

Wynajem kampera kojarzy nam się jednoznacznie z wolnością, przygodą i wakacjami. Również w Camptoo w ten sposób zachęcamy do spędzania wolnego czasu i odkrywania świata. Ostatnie dwa miesiące i wybuch wojny w Ukrainie zmienił właściwie wszystko, również powody, dla których wynajmujemy kampery.

Środowisko caravaningu w Polsce również ruszyło pomagać – od wynajmowania kamperów wolontariuszom podróżującym na granicę, po organizowanie zbiórek na dla uchodźców i samej Ukrainy. Wiele takich działań obserwowaliśmy z pozycji platformy Camptoo i sami braliśmy udział w wielu akcjach pomocowych. Poniższa historia miała miejsce w pierwszych dniach masowej ucieczki cywilów z zagrożonych terenów Ukrainy i relację z tej wyprawy przesłał nam Sergiusz. Dopiero teraz dzielimy się nią z innymi uważając, że jej przekaz jest tak budujący i pozytywny, że zwyczajnie warto.

Opowieść Sergiusza z drobnymi korektami redakcyjnymi:

„Zacznę od przyczyn, które spowodowały, że wynajęliśmy kamper. Mamy własne auto i gdyby chodziło nam o to, żeby odebrać naszych krewnych bezpośrednio z ukraińsko-polskiej granicy, pewnie byśmy pojechali autem. Jednak sytuacja wojenna złożyła się w taki sposób, że spotkać mamę i rodziców mojej żony mogliśmy tylko w Mołdawii. Opiszę trochę tą sytuację…Bomby, rakiety, wybuchy, alarm, siedzenie w piwnicach, brak leków/jedzenia w sklepach, dywersyjne grupy wroga i ruch wojska regularnego w stronę miasta, gdzie mieszkali rodzice (Dniepr – ok. 300km od Mariupola)  To wszystko zmusiło rodziców do skorzystania z naszej propozycji pomocy. Musieli jedynie, albo aż, jakoś się dostać do granicy Unii. Nie mieli możliwości pojechać pociągiem, bo pociągi ewakuacyjne głownie ewakuowały mieszkańców Charkowa i Kijowa i miejsc wolnych tam po prostu nie było (niektóre osoby kilka dni mieszkały na dworcu, żeby wsiąść do pociągu). Po drugie pociągi były przeznaczone dla kobiet i dzieci, więc ojciec żony i tak by tam nie wsiadł… Z bardzo wielkim wysiłkiem i dużym kosztem znaleźli auto i kierowcę (jedna rodzina pomogła z autem, druga – z kierowcą). Głównym wyzwaniem było paliwo, bo znaleźć paliwo to było najtrudniejsze w ich przypadku. Okazało się, że od samego Dniepru i do Lwowa na drogach są olbrzymie korki (nasza znajoma, która pojechała w tym kierunku, pokonała tylko 100km prze cały dzień). Plus problem z paliwem. Postanowili więc jechać do granicy Mołdawskiej. Jak teraz dostarczyć trzy osoby mające problemy ze zdrowiem z Kiszyniowa do Gdańska?

Tylko kamperem! Nie mieliśmy takiego budżetu, by zapewnić wszystkim nocleg w hotelach, więc kamper – to i transport i nocleg w jednym. Mój krótki urlop nie pozwalał zbyt dużo czasu poświęcić tej akcji ratowniczej, ale kamper pozwolił cały czas jechać (żona prowadziła kiedy ja byłem zmęczony). No i przygoda się zaczęła! Dojazd poszedł nam gładko, ale trudności pojawiły się przy wyjeździe z Kiszyniowa. Mieliśmy włączoną mapę Google ale 2 razy wjeżdżaliśmy do ślepej uliczki. I to było naprawdę wyzwanie – zawrócić w wąskiej uliczce. Z cofania zrezygnowaliśmy, bo  uliczka była krzywa i sporo samochodów było po obu stronach. Udało się, wyjechaliśmy ze stolicy Mołdawii. Wady mołdawskich dróg prawie nie były odczuwalne w środku kampera. Jechaliśmy jak po maśle. Ja prowadziłem, a żona dbała o jedzenie. W kamperze są wszystkie warunki do gotowania! Gaz, ciepła woda. Na prawie każdym przystanku (zwykłe kiedy tankowałem) mieliśmy gorący posiłek. Jajka, ziemniaki.. nic specjalnego. Ale dobrze zaoszczędziliśmy na restauracjach i było to jedzenie zdrowsze niż “fastfood” na stacjach paliwa. Mołdawia pokonana.

No i teraz czas na Rumunię! Nigdy nie zapomnę Rumunii. Dlaczego? No to słuchajcie. Przygoda się zaczęła jeszcze na granicy. Strażak graniczny pokazał ręką że śmiało jedź dalej i ja pojechałem. Dopóki mnie nie zatrzymał żołnierz z automatem, który powiedział, że ja powinienem wrócić, bo nie przeszedłem kontroli granicznej. Było trudno zawrócić na tym wąskim pasku koło szlabanu, zwłaszcza że za nami już czekali inni. Ale ten miły Pan z automatem pomógł i gestami w moim lustrze pokierował. Kolejki na granicach były ogromne, widzieliśmy nieskończony ciąg aut z ukraińską rejestracją, bo gdziekolwiek jedziesz:  na północ do Polski czy Niemiec, na zachód do Włoch czy Austrii, lub na południe do Bułgarii czy Grecji – nie ominiesz Rumunii. Drogi rumuńskie? Całkiem spoko. Potęga silnika naszego Forda pomagała na rumuńskich serpentynach. Ale znów ten Google Maps!.Podjechaliśmy do wiaduktu ze znakiem h=2.5. I lampka w głowie się zaświeciła, że to dla nas za nisko. I zawrócić nie ma możliwości. Jechaliśmy tyłem kawałek z powrotem do dobrej trasy. Google Maps zmienił trasę i znów jakiś dziwny skręt. Śnieg. Dużo śniegu. Jakiś mostek drewniany. A z mostku trzeba jechać pod górkę. I znowu pomogła siła silnika naszego kampera. Zaczęło ostro kręcić w miejscu i się udało. Jedziemy w dobrym kierunku. Łoś! Uff… Ile jeszcze niespodzianek! Dobrze, że jechaliśmy bardzo wolno. Już poranek. Przez te zakręty kręci się w głowie. Śnieg spowalniał całą podróż. Widzimy auto rumuńskiej policji. Prędkość kampera w tej chwili niska, mniej niż 50km/h, więc nie za bardzo zwracamy uwagę na policję. Przejazd przez tory kolejowe. Jak zwykłe hamuję, sprawdzić czy pociągu nie ma i nie było bo kilka kilometrów widać cały tor. Ale hamuję bardziej dlatego, żeby nie zepsuć amortyzatorów na torze. Jadę dalej i jak się okazuje policja cały czas, aż do toru jechała za nami. Policjant straszy że może zabrać mi prawo jazdy, bo niby przez tor bez zatrzymania przejechałem, ale rozumiem że chce łapówkę i daję mu to, co chce (pierwsza łapówka w moim życiu!). Jakieś dobre wspomnienia z Rumunii? Też były! Na stacji paliw akcja charytatywna dla Ukraińców: piliśmy herbatę za darmo. Dzieci dostawały słodycze, a kobiety z niemowlętami – mleko.  Węgry. Granica. Kontrola paszportowa – OK. Służba celna – nie OK. O nas zapomnieli! Poszedłem z powrotem do budki policyjnej, żeby zapytać, jak przejść służbę celną. W końcu przyszła pani z równoległego pasa z autami. Szybko przejechaliśmy przez Słowację. Polska powitała nas burzą śnieżną. Nic nie było widać w górach na granicy ze Słowacją. Jak podczas mgły. I to chyba było ostatnie utrudnienie na naszej drodze. Od Bielska-Białej do Gdańska prowadziła żona, a ja spałem jak zabity. Byłem wykończony. Ale spać w kamperze to jak spać w kolebce, którą mama huśta. Drogi w Polsce – najlepszej jakości w całej wschodniej Europie. Dotarliśmy do domu.”

Tak to wyglądało oczami Sergiusza. Podczas rozmowy, na gorąco, tych emocji i trudności było jeszcze więcej. Wiemy, że takich historii było i jest wiele. Każda jest ważna i w największym skrócie, bez patosu, ratuje czyjeś życie. Z naszej strony osobno dziękujemy wszystkim właścicielom kamperów, którzy znając powody wynajmu i ryzyko nie wahają się oddać swoje pojazdy na te niełatwe eskapady. Oby powodów do takich wypraw było jak najmniej. Już dzisiaj wiemy, że po wygranej przez Ukrainę wojnie kampery z Polski ruszą na wschód – aby odkrywać ten piękny kraj i wspierać jego odbudowę. Nie możemy się tego doczekać.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>